Blog pisany wspólnymi siłami przez Natalię i Krzysztofa. Odnalazłszy (imiesłów mnie zabił :D) wspólną pasję chcielibiśmy nadac jej formę stałą. Jednocześnie chcemy skorzystać z wielokulturowości Londynu i odnaleźć swoją idelaną kuchnię (Mamo! Twój bigos i tak jest najlepszy! ;)). Chcemy nauczyć siebie i innych refleksji nad tym co się je, żeby nie pożerać, a delektować... nie tylko trawić, ale też poznawać. Przy okazji chcemy poszerzyć wiedzę o tematy dotąd nie znane... bo kogo interesowało to dlaczego na wschodzie jedzą rękoma, co o gyrosie sądza Grecy i na ile dań dzielą obiad Włosi... A my o tym napiszemy :) Wychodzimy zza gołąbków i golonki... Mamy nadzieję, że docenicie.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

I want it cremated*, please! - czyli stejki i czekoladowe wino na styl brytyjski



CHARAKTERYSTYKA:

Zaskoczę i nie! Po raz pierwszy zaczynając rozpoznanie danej kuchni spotkałam się z krytyką. Do tej pory każda była NAJ. Z drugiej strony jednak, nie wiele spodziewamy się po kuchni brytyjskiej i większości kojarzy się z fish&chips i smażonym groszkiem :O I ja osobiście z kuchni brytyjskiej kocham najbardziej Jamie Olivera ;) Czyżby nadszedł czas to zmienić? A może czas stawić czoła stejkowi i go zjeść - a nóż się nie udławię… Z racji merytoryki bloga, wybierzmy opcję numer jeden i zobaczmy czy kuchnia brytyjska kryje jakąś słodką tajemnicę ;)

Niegdyś zapyziała i leniwa Wielka Brytania, obecnie otwiera się na nowe smaki i coś więcej niż mięso. Z poszanowaniem dla swoich tradycyjnych receptur, goni za modernizacją, by wykorzystać to co dają napływające kultury i, tym samym, zaskoczyć smakoszy. Dzięki należy składać młodym szefom kuchni ze świeżym spojrzeniem na jedzenie. Udowadniają oni w pocie czoła, że Wielka Brytania to nie rozmoczone frytki i twardy kawał mięsa (choć i tutaj znajdziemy zagorzałych fanów ;)). Menu Angielskiego pubu może nas zatem zaskoczyć brązowymi krewetkami w sosie maślano-kukurydzianym (potted shrimps), plackiem pasterza (sheperd's pie), czy jagnięcinką zapiekaną z cebulą i ziemniakami (Linconshire hotpot). Zdrowie i kolorowiej! Ja jednak skupię się na tradycji… Bo przed Gordonem Ramsayem i Delią Smith jeszcze chyba długa droga, by przekonać Brytyjczyka do zdrowego i mądrego odżywiania.

Każdy z czterech regionów Wielkiej Brytanii - mimo, że zjednoczone razem pod jedną korona i ręka Elki - zachował swoją odrębność kulturową, a co za tym idzie - kulinarną. Skupię się oczywiście na Anglii! :)

Spośród czterech krain, Anglia - z Londynem na czele - przyciągnęła najwięcej imigrantów, co owocuje w rozmaitości kuchni i restauracji. Do prawdy - łatwiej tutaj znaleźć Chińczyka czy Bella Italia niż Angielską restaurację z krwi i kości. Angielskie puby to inna historia, i mimo, że też tam często dają dobrze zjeść, wolę skupić się na typowym jadłodajnym miejscu. Ponad to, Anglicy nie celebrują jedzenia tak jak Włosi czy inny temperamentny kraj - jedzą szybko, podgrzewane, gotowe ze supermarketu. Stąd pakowany lunch za 4 funty czy bar szybkiej obsługi brzmi zadowalająco. Szkoda! I mnie to też dotknęło, jako że do Angielskiej restauracji trafiłam dopiero po prawie rocznym pobycie w Londynie i to poniekąd "z przymusu" :D

Kiedy już raz trafisz do restauracji Angielskiej w karcie znajdziesz:
Fish and Chips! Ryby smażone na głębokim tłuszczu podawane z frytkami z octem, (Ocet dodawany jest także do chipsów, crackersów, wafli ryżowych :( co osobiście uważam za szaleństwo); poza octem można dostać Brown Sauce (ocet balsamiczny, sos pomidorowy, pieprze cayenne oraz pieprz czarny) lub Ketchup (w końcu coś normalnego! ;));
- krwiste steki;
pudding Yorkshire - kubko-kształtne placuszki przygotowane z ciasta prawie-naleśnikowego (mąka, woda, mleko, jajka oraz tłuszcz), pieczone w specjalnych formach. Podawane są zamiast ziemniaków do mięs lub pieczeni, np. Sunday Roast. Pojawiają się także na Bożonarodzeniowym stole;
- i placek z jabłkami - apple pie.
Nic z tego nie będzie ani niskokaloryczne, ani zdrowe :O Wystarczy spojrzeć na figurę rodzimych Angielek…

Wielka Brytania słynie ze swojego tradycyjnego angielskiego smażonego, tłustego śniadania (ale je zareklamowałam ;)), które rozprzestrzeniło w innych częściach świata. Full English Breakfast składa się z fasolki (baked beans z puszki), smażonego jajka, baranich kiełbasek, bekonu, pieczarek, pomidorów oraz grzanek. Obowiązkowo wszystko smażone - inaczej będzie za zdrowo, nie-po-brytyjsku :P Polecam na kaca :)

A w niedziele trzeba się upaść także czymś solidnym. Sunday Roast Beef! Pieczeń wołowa podawana ze wspomnianym wcześniej puddingiem Yorkshire, ukochanymi pieczonymi ziemniakami oraz warzywami. Smak mięsa wzbogaca ciemny, gęsty sos gravy.

A co z five o'clock? Five o'clock is gone! Czasami czuję się bardziej brytyjska od każdej Rachael i Mary, bo dziennie wypijamy więcej herbaty niż Brytyjczyk zdoła w ciągu tygodnia. Zwyczaj zaginął ;/ Pojawia się jeszcze w reklamach herbaty Twinings, ale wydaje mi się, że kultywują go już tylko Ci, którzy pamiętają jeszcze księżną Bedford (która zwyczaj wprowadziła). Herbatka o piątej pojawić się może jeszcze w herbaciarniach oraz wielkich hotelach, gdzie pija się ją z mlekiem i cukrem, a przygryza słodkościami takimi jak bułeczki z rodzynkami (scones) z dżemem i gęstą śmietaną (całą kombinację nazwiemy wówczas cream tea), keks, biszkopt czy kruche herbatniczki.


DLACZEGO?

The Dickens Inn:
Dlatego, że 24 marca 26 lat temu narodził się światu anioł :D Oto jestem! Krzysztofek zabrał mnie na urodzinowy obiad. Wraz z Łukaszem i Grażynką wybrali Dickens Inn. Wcześniej już przyuważyliśmy to miejsce, które przykuwa uwagę swoimi rozmiarami, położeniem, konstrukcją, zadbaniem i oryginalnością. Położona jest w porcie Świętej Katarzyny po północnej stronie Londynu z widokami na jachty i wodę. Po wizycie w London Dungeon i paru krzykach i prawie zawale serca, trzeba było się napić i najeść. Tak oto zostałam zmuszona do steka :)

The Dickens Inn
Marble Quay, St Katharine Docks, E1W 1UH
Najbliższa stacja: Tower Hill (underground) lub Tower Gateway (DLR)

The Courtyard: Dlatego, że niektórzy zrobili się głodni po pstrykaniu zdjęć rozszumionemu morzu. Miał być Nando's, ale z naszym szczęściem po kilkudziesięciu minutach poszukiwań doszliśmy do restauracji, która była w remoncie :D Skoro nie kurczak i frytki, to ryba i frytki. W końcu jesteśmy nad morzem. Tak oto na deptaku zdecydowaliśmy się, że czas na angielską kuchnię. Zaprowadziły nas tam chyba same czarne moce... ;/

The Courtyard
20 New Road, BN1 1UF
Najbliższa stacja: Brighton (1 godzina jazdy z London Bridge pociągiem Capital Connect)

W SKALI OD 1 DO 10:

WNĘTRZE I WYSTRÓJ:

The Dickens Inn


Natalia: 10
Co tu dużo gadać. Jeśli mijasz restaurację i podoba Ci się na tyle mocno, że mówisz: "musimy tam iść!" i jesteś zachwycony wyglądem już z zewnątrz to raczej wypada dać 10. Podzielona na trzy piętra tematyczne: pub, grill, pizza. Drewniana konstrukcja z balkonami ciągnącymi się wzdłuż, ozdobionymi doniczkowymi kwiatami. Wielkie przestrzenie w środku, gdzie drewniane krzesła stoły i podłogi przywołują skojarzenia starej izby, gdzie dają dobrze zjeść. Przytulnie zatem i przestronnie. Dickensowie w rodzinie mieli nie tylko dobrego pisarza jak widać, ale i dobrych businessmanów. Rodzinna kreatywność przydała się do stworzenia tak atmosferycznego miejsca w lokalizacji, która chyba nie mogłaby być lepsza.

Krzysiek: 9
Ciężko cokolwiek napisać jak ty już prawie wszystko zawarłaś w tekście. Ale... piękny wystroj, podobała mi się koncepcja 3lvl pub / pizzeria / grill dzięki czemu ludzie którzy przyszli po prostu napić się piwa nie siedzą obok ludzi wcinających steki i na odwrót. Tak w nawiasie, z chęcią wypróbowałbym pizzę, którą tam podają.

Natalia: Czy jest jakieś miejsce, z którego pizzy byś nie wypróbował? :D

Nic dodać, nic ująć


The Courtyard

Natalia: 9
Z zewnątrz niczym nas się zachęciła - małe okienka przez które nie wiele widać. W środku jednak weszliśmy na ciągnące się wzdłuż "podwórko", ozdobione fototapetami i delikatnie oświetlonymi drzewami. Drewniany bar skąd kucharz wydawał jedzenie dodawał domowości. Powiedziałabym - przytulnie i uroczo.

Krzysiek: 8
To prawda Natalia, mimo braku jakiegokolwiek przepychu samo pomieszczenie dawało takie wrażenie ciepła. Do tego kuchnia, która była osadzona prawie przy stolikach biła ciepłem i zapachem, co nadawało miejscu jeszcze większego uroku a mi napędzało jeszcze większego głoda. Jedynie co mnie troszke zirytowało, to fakt bardzo malej toalety, co w moim przypadku skutkowało rozbiciem nosa o podajnik na papier do wycierania.

I tak oto nas zmylili... i oszukali :P

SERWIS:

The Dickens Inn

Natalia: 6
Serwis był taki, jakby go nie było - ulotny... i nawet nie wiem jak mój stek się zamówił. Być może byłam jeszcze pod wrażeniem Kuby Rozpruwacza z London Dungeon, a może już byłam skupiona na rozmowie o dietach, ćwiczeniach i occie jabłkowym ;) Dodałabym jeszcze, że serwis był "nieśmiały" i bez jaja. Kolejny pan natomiast (po zmianie koleżanki) troszkę szybki i nie uważny, przez co Luke dostał nie takie espresso jakie zamawiał. Ech!

Krzysiek: 6
Powiem szczerze, że nie pamiętam jaki był serwis; byłem za mocno zaaferowany tym, co się dzieje przy stoliku. Stolik stał dosyć daleko od epicentrum kelnerskiego tak więc może to wpłynęło na nie częste zaglądanie do naszego stolika. Wiem tyle, że zamowienie zostalo odebrane, feedback po podaniu dań byl, wino uzupełniane bylo (troche leniwie, ale bylo) ;]

Natalia: Wino uzupełniał Łukasz, bo Ty jeszcze Krzysztofku do dobrego gospodarza nie dorosłeś… :P Raz tylko przez cały dłuuuugi wieczór ktoś nam dolał wina.

The Courtyard

Natalia: 6
Serwis był mniej ulotny, ale znacznie bardziej nie śmiały. Polak mieszkający od 6 lat w Anglii. Po tym jak Krzysztof go rozpracował po pierwszych NIE-brytyjskich dźwiękach i zaczął mówić do niego po Polsku, zrobił się lekko czerwony i taki czerwony już został do końca. Być może głupio mu było, że za chwilę poda swoim rodakom jedzenie iście z piekła. Nie trzeba było zbyt długo czekać, biorąc pod uwagę fakt, że był sam na cała restaurację. Całą ale prawie pustą restaurację. Mogliśmy wziąć to za znak! Będziemy wiedzieć na przyszłość, że tam gdzie mało ludzi, tam dużo świńskiego jedzenia.

Krzysiek: 6 
Tak Natalia, ale okreslamy serwis a nie jedzienie... moim zdaniem kelner dawał radę, mimo że na kilometr było słychać, że jest Polakiem, to i tak popisał się swoim profesjonalizmem przed innymi. 
Jeśli chodzi o obsługę nas to troche sie zamotał; wydaje mi się, że ze wzgledu na to, że nie często widzi Polskich koneserów brytyjskiej kuchni :) 
Jednakże nie wybaczę mu tego, że namówił mnie na inne danie niż chciałem... w dodatku na tak niedobre danie. Zastanawiam się czy on tego nie próbował? Czy dzisiaj wyjątkowo kuchnia się nie popisała.

Natalia: Popisał się, ale nie profesjonalizmem a naciągactwem. Dźwignia handlu poszła w ruch i chłopcy dali się namówić na coś czego nie chcieli - no cóż pewnie ta wołowinka leżała tam już od kilku dni i nikt jej nie chciał - zrobili danie dnia i… sprzedali :P


CENA A JAKOŚĆ/ILOŚĆ:

The Dickens Inn

Natalia: 9
Dali zjeść dużo: i na danie główne i na przystawkę i na przekąskę na "dzień dobry". Dania wyglądały ładnie, ze zbalansowaną dekoracją - zostało wykorzystane to, co wchodziło w skład dania: ananas i jajko capnięte na steku, rukola oplatająca kozi ser. Pasuje! Co do ceny - chyba nic ponad miarę. Muszę Krzysztofa spytać, bo płacił. Dla mnie zatem znowu bomba!

Krzysiek: 8
Tak jak wspomniałaś - wszystko było piękne i ładne. Sycące... Mój stejk, mimo że był wysmażony, to i tak był super. Po tym można poznać czy kucharz wie co robi, bo podac miękkiego steka krwistego to nie jest sztuka, ale tylko dobry kucharz wie jak go wysmażyć zachowując jego kruchość. Co prawda bardzo dużo zależy też od jakości mięsa. 
Wino, ukłon w stronę Grażynki - wybrane perfekcyjnie.. lubię czekoladowe wina :D
Co do ceny - myślę, że £100 na parę spokojnie wystarczy. Za tej klasy restaurację jest ok. Lecz nie powiem, że trochę mnie nie bolało ;]

Natalia: Znawca steków! Ha ha. Nie rozumiem w ogóle tego, co napisałes wyżej o tym steku. Wysmażony, krwisty miękki, cycki, katalizator :P Odcinam Ci dostęp do "Kuchennych Rewolucji"!


Moja i Grażynki przystawka na pół. Ser kozi na tarcie z buraczkami - zdjęcie ściągnięte ale koncepcja była podobna, a może i lekko ładniej podana


Anans i jajko uśmiechały się do mnie kusząco :)


The Courtyard

Natalia: 3
Ilość na talerzu ucieszyła moje oko - wielka ryba, prawie nie mieściła się na talerzu. Czyżby tacy dobrze gospodarze byli w Brighton? NIE! :) Już po pierwszych machnięciach widelca i noża odkryłam sekret wielkiego dorsza - napuszona panierka, po ściągnięciu której wyskakiwała mała, niedoprawiona rybka. Wątpię w to ażeby ryba była świeża :( Nawet frytki były rozmiękczone, jakby podane po tych co przed chwilą wyszli w popłochu. Właściciele/kucharze poszli w ilość a nie w jakość. Za to danie byłabym skłonna zapłacić maksymalnie 1.50 (jeśli już ktoś by mnie zmusił torturami do ponownego kupna). Powiem więcej, miałam cały czas bolesne wrażenie, że w budce nad morzem dostalibyśmy lepsze jedzenie - tam przynajmniej mają ruch więc dostalibyśmy coś na świeżo.

Krzysiek: 2
Oooooo! Ta zaniewaga krwi wymaga! Zamówiona przeze mnie pieczeń była tak twarda, że spokojnie mógłbym nim wbijać gwoździe, i tak gumowaty, że podejrzewam, że struktura moich zębów została naruszona poprzez próby pogryzienia i rozdrobnienia mięsa. Z dodatków dostałem śmieszną piankę, o której Natalia wspomniała w preambule, a która wydała mi się bezsmakową pianką jajeczną, tak jak i bezsmakowe były warzywka gotowane w wodzie lub na parze. Wydaje mi się, że lokal został ustawiony specjalnie pod turystów tak, aby utwierdzali się w przekonaniu, że Brytyjska kuchnia jest niesmaczna. 
Kucharz powinien iść na jakiś kurs doprawiania jedzenia, lub wydobywania z produktów ich naturalnych smaków.


W zasadzie to nie wiadomo co to jest :D Krzysztof zczerwieniał ze złości... a może nabrał koloru swojego jedzenia.

Ryba ociekająca tłuszczem i rozmiękczone frytki... za jakie grzechy? :P

SMAK:

The Dickens Inn

Natalia: 6
No i się okazuje, że steki i mięso czerwone na prawdę nie są dla mnie.Swojego Sweetcure Gammon Cutlet zjadłam w ilości 1/4. Za to łódeczki z ziemniaków i jajko kurki z wolnego wybiegu bardzo dobre :P Zatem skopiuję wypowiedź Krzyśka z ostatniej notatki o kuchni Hiszpańskiej - dobre ziemniaki! :D
Ser Kozi za to był bardzo dobry! Podany w formie tarty z buraczkami - trochę to ciasto trochę nie. Na pewno miałyśmy lepszą przystawkę niż chłopcy!
Wino o smaku czekolady dla mnie było lekko za ciężkie (rodzi się ekspert ;) ha ha!), ale widac dobrze szlo w parze ze stekiem… yyy… z ziemniakami ;) i moim ukrytym weekendowym alkoholizmem, bo wypiliśmy trzy butelki :D

Krzysiek: 9
Dla mnie bomba zaczynając od starterów, którymi były roztopione serki, bagietunie itp. Wszystko przemyślane i ładnie podane;
poprzez danie główne - "stejki bo trzeba wpierdzielac stejki nie jakies tam kanapeczki", które były równie dobre - co napisałem już w poprzednim akapicie;
no i kończąc na deserze z ciasta czekoladowego mmmmmmmmmm! 

The Courtyard

Natalia: 2
Zjadłam, bo miałam ochotę na frytki. Przykryłam je toną ketchupu i majonezu i weszły ;) Ryba była okrutna i znęcała się nade mną brakiem smaku i wiadrem tłuszczu jaki wypływał z panierki.  Danie było bardzo kiepskie - na granicy trucizny. Aż nam wszystkim miny zrzedły, bo najpierw miał być przepyszny Nando's. Z racji remontu jednak, trafiliśmy do The Courtyard gdzie dokonano zamachu na nasze życie. Fuj!! Wielki żal i rozgoryczenie. Myślami każdy wrócił do wczorajszej odgrzewanej pizzy ;)

Krzysiek: 2
Nie wiem od czego zacząć. Z chęcią zaprosiłbym tam Magdę Gesler, aby ta kuchnia przeszła rewolucję jakąś, bo obsługę mają fajną / miejsce dobre / wystrój spoko, ale jedzenie no kurde jak dla koni... i to pijanych. Twarde / niedoprawione / smaki okropne.
Po wyjściu z restauracji miałem ochote zrobic 2 rzeczy: 1) zjeść coś, co pozostawi mi miły smak w ustach, 2) iść na policję i zgłosic zabicie dobrego smaku.


SUM-A-SUMMARUM:

The Dickens Inn

Natalia: 8
Chcę tam wrócić, ale na inne danie. Czuję, że terytorium pizzy może nas super pozytywnie zaskoczyć. Poczekajmy na lepszą pogodę - pizza i winko na balkonie?

Krzysiek: 8
Jestem w 1893479276455956% za. Pizza na balkonie, ale do tego masz Natalia misję. Sprawdź jakie wino najbardziej pasuje do pizzy ;]

Natalia: do pizzy najlepiej pasuje piwo chmielowe. Choć przy delikatnych toppingach polecam akże Australijskiego Rieslinga lub Sauvignon Blanc z regionu Sancarre (Francja) :D

The Courtyard

Natalia: 2
Daję dwa za wielkie rozczarowanie. Nie wrócę tam nigdy choćby remontowali wszystkie inne restauracji w okół ;) Jedyne co wyniosłam z tego miejsca to to, by patrzeć na zaludnienie restauracji. Mało ludzi - nie wchodź!!

Krzysiek: 3
no oprócz tego, to mówiąc szczerze wyniosłaś lekki ból brzucha, a ja chęć mordowania niekompetentnych kucharzy. Nauka na dzisiaj - nie oceniaj książki po okładce. Mimo że miejsce jest ok, to kuchnia okropna

*cremated - stek spieczony na raka :D

czwartek, 11 kwietnia 2013

Pues… esperamos que se enamoren de la cocina española *



CHARAKTERYSTYKA:

Piękny, kolorowy kraj z temperamentem, to i kuchnia kolorowa i temperamentna. Kuchnia hiszpańska! Ciężko pisać o jej charakterystyce, bo żeby ująć smak Hiszpanii w pełni musiałabym rozbić się na drobne i opisać każdy region. I tak na przykład (skromny przykład, bo skupię się jedynie nie niektórych regionach):

- Andaluzja ugości nas garścią warzyw i owoców morza (z najsłynniejszym pośród dań chłodnikiem gazpacho), co popijemy wzmocnionym (16%-20%) winem Sherry (dokładniej xeres lub jerez)
- Kastylia zadba bardziej o typowych mięsożerców (chorizo i wędzona szynka - jamón serrano).
- Madryt będzie rajem dla miłośników cukru, gdzie pomoczą sobie churros (ciastka smażóne na oliwie) w kawie lub gorącej czekoladzie,
- fani corridy przybywający do Pampalony zazielenią się od ilości ziół używanych w kuchni.
- Walencja urzeknie niejednego nie tylko tonami pomarańczy, ale przede wszystkim słynną paellą - danie, które przyrządza się w specjalnej patelni z dwiema rączkami, a później bezpośrednio z niej spożywa się posiłek. Nazwa dania pochodzi od łacińskiego słowa „patella” - naczynie do składania ofiar bogom ;) Tradycyjna hiszpańska paella składa się z ryżu z szafranem, kury, zielonej fasolki szparagowej, groszku, pieprzu, papryki, krewetek i muli. Jednakże nie podcinajmy Hiszpanom skrzydeł - potrawa ta ma wiele wariantów.

Jak widać zatem, kuchnia ta opiera się na specjalnościach regionalnych i tym, co lokalna ziemia urodzi i morze wyrzuci na brzeg ;) Mar i Terra!! Dużo tutaj ryb, owoców morza oraz warzyw, szczególnie ziemniaków oraz pomidorów. A tę całą naturalność zalewają oliwą z oliwek i przygryzają ostrymi iberyjskimi szynkami (om nom nom), których cena czasami może powalić na kolana. Ciężko tutaj znaleźć potrawy mączne, co sprawia, że kuchnia Hiszpańska jest zdrowsza od naszej Polskiej - "zalanej" białym chlebem, bułkami na śniadanie, łazankami na obiad i odgrzewaną pizzą na kolację. Smacznego! :)

Poza wspomnianą już paellą i gazpacho, serca ludzi na całym globie (w tym moje i… Krzysztof, Twoje też??) podbiły także tortilla oraz tapas! Tortilla de patatas to prosty i zaskakująco smaczny w swojej prostocie omlet z ziemniaków. Wersję podstawową można oczywiście wzbogacić.

Tapas to nie są zwykłe przekąski; to przekąski niezwykłe :D Zwyczaj podawania tapas do piwa jest przyjęty niemalże w całej Hiszpanii, a narodził się przez przypadek. Różne są "legendy", jednak wszystkie sprowadzają się do jednego - popijając wino przykrywano kielich np. plasterkiem kiełbasy, co by nie pozwolić muchom na kąpiel w napoju ;) Stąd właśnie una tapa od czasownika tapar - przykrywać (Ach! kocham nauczać ;) ledwo powstrzymałam się przed odmianą czasownika). Przekąsek jest wiele i swoim rozmiarem nie koniecznie są w stanie przykryć szklankę z winem czy piwem: oliwki, szynka, sery, kanapki, owoce morza, ziemniaczki czy już znana nam tortilla.
Co więcej za tapasami kryje się jeszcze jedna praktyczna przyczyna. Podaje się je, by nie upić się zbyt wcześniej ;) A my mamy swoją zagrychę! :D

I za co jeszcze lubię Hiszpanię? Nie wyobrażają sobie posiłku bez wina, co dla mnie jako anonimowego alkoholika i amatora win pasuje w 100% :) Na hiszpańskim stole nie może zabraknąć dzbana Sangrii, podawanej z lodem i kawałkami owoców. Jest to mieszanka wina, soku z owoców, cukru, oraz likieru sekretnej receptury ;) Popularnością cieszy się też wino Cava, pochodzące z Katalonii, gdzie działa około 266 wytwórni tego wina - bodegas. To co, Cristóbal? Przenosimy się do Hiszpanii? :D

DLACZEGO?

Bo mi się bzykać chciało! :) Zachciało mi się kuchni hiszpańskiej i nie odpuściłam. Ponadto, znalazłam (jak mi się wtedy wydawało) dobrą restaurację blisko kolumny the Monument, gdzie zaplanowałam, że przed obiadem zrobimy wyprawę 311 schodków w górę :) Poza tym usilnie chciałam spróbować paelli i dać tę  szansę Krzyśkowi.

Wyszukana uprzednio przez Internet restauracja Ortega zaskoczyła mnie jeszcze bardziej niż się spodziewałam - o jej istnieniu nikt nie wiedział, a po godzinnych poszukiwaniach okazało się, ze kręciliśmy się w kółko i mijaliśmy ją około 3 razy :D Dwa iPhony gorące od przeszukiwania map Londynu nic nie dały ;) Zajebista orientacja w terenie. Ha ha!
Ok, znaleziona i… zamknięta! :D Szybka burza mózgów i już po minucie znaleźliśmy kilka innych opcji. Natalia mówi: "musi być Hiszpańska", a Krzysztofkowi już z głodu trzęsą się ręce ;) Opis restauracji Fuego brzmiał zacnie. Tylko kilka minut piechotą. Kolejna nieistniejąca! Co za niefart! ;)
Jak to mówią najstarsi górale - do trzech razy sztuka. La Tasca na Covent Garden. Oczywiście, że i tej nie mogliśmy znaleźć (dodam, że wtedy jeszcze nic nie piliśmy ;)). Ostatecznie jednak - jest. Spanish tapas bar and restaurant! Jak Boga kocham - jednak dzisiaj zjemy obiad! :)

Z Hiszpańską kuchnią zetknęliśmy się już jednak kilka miesięcy wcześniej. San Miguel na Greenwich., co też wiązało się z wyprawą do parku Greenwich. Wtedy jednak Krzysztof zamówił kurczaka i ziemniaczki… O czym Hiszpańskim tutaj pisać? Postanowiłam zatem zaczekać na bardziej egzotyczne doznania. Dwugodzinny pościg za paellą to nie lada doznanie. Udało się! :)

San Miguel18 Greenwich Church Street, SE 10 9

Najbliższa stacja: Cutty Sark DLR lub Greenwich DLR


La Tasca Restaurant23-24 Maiden Lane WC2E 7NA

Najbliższa stacja: Covent Garden Tube lub Leicester Square Tube


ILE W TYM PRAWDY?

W restauracja San Miguel zamówiliśmy przekąski. Tutaj chyba nic nie mogłoby być nie-tak.
W La Tasca zamówiliśmy paellę. Podana na patelni z dwoma uszkami, ale do tego dostaliśmy talerze, co przeczy idei jedzenia prosto z patelni ;/ Znalazła się też gałązka szafranu, co wzięliśmy z Krzysztofem za rozmaryn :D Jak widać, nie za bardzo się popisaliśmy przy tej wyprawie. No i Sangria moja ukochana - w solidnym dzbanie z lodem i kawałkami owoców. Jednym zdaniem, to co widzieliśmy pokrywa się z przyswojoną wcześniej (i później) wiedzą o kuchni hiszpańskiej.


W SKALI OD 1 DO 10

WYSTRÓJ I WNĘTRZE:

Natalia:
San Miguel: 6
Wystrój "bogaty" (wszystko i nic), trochę szalony jak Hiszpania ;) Miejsce jednak stare i nieodrestaurowane, miejscami chyba zakurzone. Bardzo dużo przestrzeni, co pochwalam. Okrutne natomiast były nakrycia na stołach - cerata i chusteczki. Apetytu mi to nie zabrało, ale nie czułam się komfortowo.

La Tasca: 10
Trzy sale - każda na innym piętrze, ale połączone tak, że można było podejrzeć co u licha ;) Na samej górze sala śniadaniowa; na poziomie zerowym sala obiadowa połączona z miejscem a'la pub; na dole klimatyczna sala na pijańskie wieczory :) Wszystko kolorowe i temperamentne, ale bez przesady i zbytecznego przepychu. Ściany z kolorowymi wzorami biegnącymi przez środek. Klimatu i apetytu dodawały patelki zwisające ze ścian i wina poustawiane we wnęce.
Ciekawa zastawa: porcelanowa, ręcznie malowana we wzorkami podobnymi do tych ze ścian. No i ten gliniany dzban do Sangrii :) Powiedziałabym, że miejsce jest bardzo przytulne i chciałoby się tam został dłużej niż na chwilę.

Krzysiek:

Sam Miguel: 4
... bylo to tak dawno, że skwituję to stwierdzeniem: "dobre ziemniaki"

La Tasca: 8
Podobala mi sie koncepcja 3 sal. Dolna i górna były otwierane dopiero na wieczór (Natalia chyba nie zrozumiala agielszczyzny naszej Hiszpańskiej kelnerki). Całość była mocno Hiszpańska (przynajmniej mi się tak wydaje, bo jeszcze nie mialem okazji być w Hiszpanii). Podobała mi się również zastawa wraz z podaniem dań a'la PRL. Zdobione talerze wzorkami floystycznymi z wyraźnie widocznymi śladami pędzla, czy gliniany dzban, w którym znajdowała się jakże ukochana przez Natalię Sangria. Nawet uszczerbienia na dzbanie miały swój styl - styl upadniętego dzbanka.

Natalia: Dobre ziemniaki!?!?!? Krzysztof! Po słownej konfrontacji z Krzysztofem właśnie teraz, Krzysiek mówi, że pamięta o wystroju San Miguel tyle, że coś zwisało z sufitu :D

La Tasca: Na wejściu wita Cię pub i setka win :)


La Tasca: Serce restauracji


San Miguel: Czy to byk schowany pod płachtą? :D



SERWIS:

Natalia:
San Miguel: 6
Serwis raczej standardowy. Funkcjonalna kelnerka. Jedynym dziwnym zachowaniem było to, że po zamówieniu napoju przez Krzyśka (tylko on zamawiał, ja koń nie jestem i wody pić nie będę ;)), zabrali mi kieliszek. Czyżby praktykowali żydowski skill? Nie zamawiasz, to nie będziesz pić? Cóż, napiłam się z butelki.

La Tasca: 7
Inna kobieta wybrała nam stolik, inna przyjęła zamówienia, inna podała dania, a inna Sangrię. A ja chciałam jedną Hiszpankę dla siebie… ;) Oczywiście żartuję, ale taki chaos wpłynął pewnie na lekką powolność serwisu i serwis "przelotem". Bo z jednej strony czekaliśmy aż ktoś podejdzie, a z drugiej strony, kiedy już podeszła jedna Pani jedyne co chciała wiedzieć to, co chcemy pić - uciekła zanim wymówiłam P jak Paella :D i czekaliśmy kolejne minuty na zamówienie dania.
Panienka, której płaciliśmy - ta, z którą mieliśmy ostateczne starcie i bliższe spotkanie trzeciego stopnia - była miła, ale można było wyczuć, że nastawiona jest na klienta masowego. Szybko, szybko! Ok, napiwek i tak dostała, bo jakoś tak… co ludzie powiedzą ;)

Krzysiek:
Sam Miguel: Dobre ziemniaki...

La Tasca: 7 (+2 za aparycje kelnerki - korcyłby)
Serwis a dokladnie serwisantka niezła... mila i rezolutna - korcyłby ;] Na jedzonko czekaliśmy dosyć dlugo (20 min), ale wybaczam, bo wcześniej z ust naszej kelnerki jak miód wylały się na moje uszy jakże to słodkie słowa, że paella ma skomplikowany proces twórczy; dlatego okres oczekiwania na danie jest stosunkowo długi. Dzięki metalowym sztućcom oraz pieknej zastawie powoli zapominam smak plastikowych widelców z dworca w Poznaniu. O dzięki ci za to Panie. 
Gdy jadło zostalo podane na stół nasza ¡Hola! nie zapomniała o feedbacku i grzecznie spytała po jakimś czasie czy wszystko nam smakuje polewając kolejną kolejkę wina. Perfect! Dzięki takiej obsłudze czujesz się jak król, któremu podaje się winogrona do ust. 


Natalia: Ale Ty Krzysztof bredzisz... Nikt nam wina nie polewał, to nie to miejsce. Sangrię polewałeś Ty jako samiec grupy, i z taką częstotliwością, że prawie wypiłam wodę z kwiatków na parapecie.


CENA A ILOŚĆ/JAKOŚĆ:

Natalia:
San Miguel: 7
Ja na swoje dania nie mogę narzekać. Krzysztof to trochę inna historia :D I za jego historię muszę odjąc punkty - Natalia za Krzyśka, a Krzysiek sam za siebie :)
Zamówiłam tortillę de patatas oraz revuelto de espinacas. Porcje były dostateczne jak dla mnie. Pamiętajmy, że to przekąski! Jakościowo także były na dobrym poziomie.

La Tasca: 8
Moja porcja była zacna, ale nie wiem czy najadłby się tym chłop, skoro nawet mój chłopiec się nie najadł, i ja zjadłam swoje pół a Krzysztof swoje całe i moje pół. W moim daniu kurczaka i chorizo <3 nie zabrakło. Jakościowo rzecz ujmując, wydaje mi się, że na bokach paella nieco przywierała do patelni - ekspertem nie jestem i być może tak miało być.
Co do Sangrii to podejrzewamy z Krzysztofem, że jakość soku i wódki nie należała do najlepszych, dlatego stwierdzam po fakcie, że lepiej byłoby zamówić wino w takiej samej cenie. Mielibyśmy pewność co pijemy. Nie żałuję, bo spróbowałam. Wypiliśmy do dna i do domu wracało się lepiej.

Krzysiek: 
Sam Miguel: Taaa, dobre te ziemniaki byly... 

La Tasca: 8
Bardzo dobrze wydane f15, troszeczkę byłem nieusatysfakcjonowany z jakości Sangrii, bo podjeżdżala mi rozcienczonym winem przez sprite, ale jeśli chodzi o jedzonko, to warte swojej ceny. Miałem przyjemność spożywać Paellę z owocami morza i jak na porcję za f10 to dała rade… naprawdę.

Natalia: Krzysztof zapomniał, że w San Miguel podali mu przypalonego kurczaka. Nawet do baru wtedy poszliśmy na skargę - a co! Poza tym to szału tam nie miałeś. Ziemniaki, kurczak i brokuły - też sobie wziąłeś mieszankę iście Hiszpańską :P

San Miguel: Tortilla Española! Olé!


San Miguel: Revuelto de espinacas - Jajecznica na zielono



SMAK:

Natalia:
San Miguel: 9
Tortilla mnie urzekła i znowu wychodzi, że kocham się w prostocie (Pozdrawiam, Krzysztof :D). Ziemniaki i jajko i Natalii podniebienie jest w siódmym niebie. Tak zostałam zaczarowana, że sama postanowiłam podjąć wyzwanie w domu. Udało się choć trochę z podniecenia przesoliłam ;) Najgorsze - muszę przyznać - było przewracanie placucha na drugą stronę. Revuelto de espinacas? A co to? A co to? Jajecznica ze szpinakiem. Tak! Moje zaszkoczenie było wielkie, ale zaskoczyli mnie smacznie.

La Tasca: 9
Mimo, że nie zostałam niczym zaskoczona w samym daniu, to przecież to paella moja wyczekiwana i muszę zawyżyć. A tak serio, danie było bardzo dobre. Miękki ryż jakiejś chyba nieznanej mi odmiany, dużo kurczaka i chorizo. Pięknie doprawione i z gałązką szafranu i z plasterkami cytryny. Pokropiłam cytryną dwa kęsy, ale osobiście wolę bez. Krzysztof stwierdził, że sam by takie zrobił… Będę czekać :)
Sangria dobra, ale za mało alkoholowa - zbyt rozcieńczona, jak mniemam ze względu na koszt wina i wódki.
Dodam jeszcze tylko, że znienawidzam coraz bardziej owoce morza. Pod koniec wymieniliśmy się z Krzysztofkiem patelniami, żeby mógł zjeść moją połowę. Smród małż i kałamarnic bijący z jego patelni nie dawał mi spokoju.

Krzysiek:
Sam miguel: excelentes patatas...

La Tasca: 7
Paella dała radę... czułem lekki niedosyt, bo spodziewałem się naprawdę czegoś wow. Co się okazało - 
paella to ryż z sosem i morskimi babrochami (krewetki / małże / kałamarnica), ale mimo, że na pierwszy słuch ucha ta kompilacja dziwnie brzmi, to smak był poprawny. Wszystko było dobrze doprawione i grało ze sobą. Tak jak mówiłem, wcześniej - rozczarowany byłem tylko Sangrią... następnym razem pozwolę Natalii wybrać jakieś zamknięte winko, bo coś mi się wydaje, że barman postanowił troszkę przyoszczędzić na składnikach i piliśmy najdroższego w swoim życiu sprite'a z jabłkami i znikomą dawką wina.

Natalia: Jesteś monotematyczny. Z całej restauracji San Miguel zapamiętałeś jedynie ziemniaki? :D
I jeszcze jedno - patatas excelentes...

La Tasca: Sprawna choć powolna ręka Krzysztofa polewa pierwszą kolejkę Sangrii.

Nasza krótka fiesta się rozpoczyna.


La Tasca: Na przód wysuwa się Pallea con carne Natalii.

Z tyłu wlecze się Paella Valenciana Krzyśka


SUM-A-SUMMARUM:

Krzysiek:
Sam Miguel: ممتاز البطاطس

La Tasca: 7
Sum-a-summaru, popołudnie spędzone w poszukiwaniu restauracji zostało w 100% wynagrodzone. Podejrzewam, że moja wysoka ocena jedzenia jest troszke stronnicza ze względu na to, że poszukiwania wzmogły mój apetyt i w tym wypadku nawet gąbka z majonezem by mi smakowała. 

Jedno jest pewne Sangria mimo, że mnie nie zadowoliła, to napewno załagodziła podrażnienie Natalli wynikające z przebytych kilometrów poszukiwawczych. Z chęcią wybrałbym się tam jeszcze raz - tym razem na jakieś tapasy w większym gronie, bawić tam troszkę dłużej w rytmach hiszpańskiej muzyki. 

Natalia:
San miguel: Nawet nie chcę zgadywać co oznaczają Twoje Hebrajskie bazgrały... ;)

La tasca: 2 godziny poszukiwań + zimno + PMS = wkurwiona Natala. Ale z tym masz już doświadczenie, oazo Ty moja.
Tak, musimy się tam kiedyś wybrać na hiszpańską fiestę :) Kto chętny? :)


*Pues… esperamos que se enamoren de la cocina española = takiego wała :P Hiszpańskiego zacznijcie się uczyć :)