Blog pisany wspólnymi siłami przez Natalię i Krzysztofa. Odnalazłszy (imiesłów mnie zabił :D) wspólną pasję chcielibiśmy nadac jej formę stałą. Jednocześnie chcemy skorzystać z wielokulturowości Londynu i odnaleźć swoją idelaną kuchnię (Mamo! Twój bigos i tak jest najlepszy! ;)). Chcemy nauczyć siebie i innych refleksji nad tym co się je, żeby nie pożerać, a delektować... nie tylko trawić, ale też poznawać. Przy okazji chcemy poszerzyć wiedzę o tematy dotąd nie znane... bo kogo interesowało to dlaczego na wschodzie jedzą rękoma, co o gyrosie sądza Grecy i na ile dań dzielą obiad Włosi... A my o tym napiszemy :) Wychodzimy zza gołąbków i golonki... Mamy nadzieję, że docenicie.

poniedziałek, 29 października 2012

Skośno-oki kurczak? 请慢用 [Qǐng màn yòng]!*


CHARAKTERYSTYKA:

Kuchnia chińska - tak jak chińskie pismo logograficzne - to sztuka i mistrzowski kunszt. Wynika to najprawdopodobniej z faktu, że rozwinęła się kilka tysięcy lat temu za czasów cesarzy, gdzie przywiązywano wielką wagę nie tylko do tego co się je, ale i tego jak się owe jedzenie podaje. No cóż, przecież jemy też oczyma. Przygotowanie potraw to też nie lada ceremonia. Na wykwintne dania zasłużyć mogli tylko najwybitniejsi na dworze – plebs zadowalał się ryżem ;)
Obok wyglądu i estetyki, Chińczycy pamiętają także o zdrowiu. Wierzą, że to co jemy wpływa na naszą dusze i umysł.
Kuchnia zachodnia łączy w sobie elementy wielu kultur, m.in. wietnamskiej, japońskiej i singapurskiej, owocując różnorodnością smaków. To co dla nas jest proste, kilkanaście godzin na Wschód nabiera nowego wymiaru. Słony, słodki, kwaśny i ostry mieszają się na wszelakie sposoby, aż do momentu uzyskania odpowiedniego smaku potrawy. Nikogo nie dziwi chrupiący kurczak z miękkimi warzywami, soczysty nadzienie w suchych spring Rollsach, czy sos słodko-kwaśny. Dlatego nie możemy mówić o jednej ‘chińszczyźnie’. Istnieje tam nawet do kilkudziesięciu ,kuchni regionalnych, gdzie jedna w niczym nie przypomina drugiej. Do najbardziej charakterystycznych zaliczymy:
* północną – słoną  (Pekin);
* południową – słodko-kwaśną (Kanton);
* wschodnią – ostro-słodką (wzdłuż rzeki Jangcy);
* oraz zachodnią – bardzo pikantną (Seczułan).
A odróżniać te smaki i mieszanki muszą, bo za filozofią jedzenia i mieszania idzie filozofia życia i cywilizacja. Według nich bowiem naród, który nie potrafi odróżnić smaków = gotować, nie posiada kultury. Mocno powiedziane!
Nikogo nie zaszokuję pisząc, że podstawą kuchni chińskiej jest ryż ;) Ryż to produkt Yang, a jeśli mamy Yang to musi być i Ying. Przeciwieństwem ryżu są… warzywa (po ichnemu cai). Produkty Yin są wilgotne i miękkie, mają działanie chłodzące, i odżywiają żeński pierwiastek natury człowieka. Zatem Panie… warzywa są dla nas. Smażone i pikantne produkty Yang, z czerwonym mięsem, rozgrzewają i odżywiają męską część natury. W każdy posiłku powinna zostać zachowana harmonia smaków, jak i równowaga pomiędzy pokarmami chłodzącymi i rozgrzewającymi (co by się nie przegrzać ani nie odmrozić sobie tego i owego).
I na koniec coś, co przekonało mnie bardziej do Chińczyków niż iPhone 5 :D Otóż większość potraw przygotowywana jest w rozmiarach na jednego kęsa, jako że nóż i widelec uważane są za rodzaj broni. Je się zatem pałeczkami, ceramiczną łyżką lub palcami – co mnie się podobało najbardziej.

DLACZEGO?

Po zaspokojeniu ciekawości czymś kompletnie nowym (czytaj wyżej = kuchnia kolumbijska), przyszedł czas na coś co już wszyscy znamy ;) Oczywiście mówię czysto teoretycznie, bo większość chińszczyzny jadanej w Polsce prawdziwi Chińczycy pewnie nawet nie dotknęli, nie wspominając już nawet o mieszankach chińskich z Hortexu ;)
Usilnie szukaliśmy bufetu, żeby samemu wybrać co się chcę i żeby mnie jakiś chinol nie ograniczył do kurczaka i krakersów krewetkowych. Wypadło na Gourmet Buffet. Zdecydowała za nas trochę Nina Conti na występ której zmierzaliśmy. Ograniczeni czasowo, odrzuciliśmy pomysł odwiedzenia China Town, co byłoby tak naprawdę najbardziej logiczne ;)

N1 Centre, Unit 4, Parkfield Street,
Greater London N1 0PS
Najbliższa stacja: Angel (czarna linia – Northern Line)

China Town odwiedziliśmy dwa tygodnie później, głodni (chłopaki oczywiście – bo ja głodu nie czuję) po oglądaniu metalowych rur, które ktoś nazwał sztuką i postawił w Tate Modern ;) Tym razem wybrał Krzysztof, bo słyszał, że restauracja jest dobra. Co się okazało trafiliśmy do Little Wu, zamiast Mr Wu ;) Jednak w milionie chińskich alejek i w deszczu, nie było miejsca na rozkminianie czy Mr może być Little lub na odwrót.

64 Shaftesbury Avenue, London W1D 6LU
Najbliższa stacja: Piccadilly Circus (niebieska – Piccadilly Line oraz brązowa – Bakerloo Line) lub Leicster Square (niebieska – Piccadilly Line lub czarna – Northern Line)

W Gourmet Buffet ilość dań była jak dla mnie oszałamiająca. Nie spróbowałam wszystkiego, ale to co najdziwniejsze i insze. W Little Wu ilość znaczenie mniejsza.


ILE W TYM PRAWDY?

Natalia:
W Gourmet Buffet sztućców nie dostaliśmy! :D Wygląda na to, że trzymają się tradycji, a to właśnie chcemy poczuć odwiedzając restauracje. Chińska herbata podana w małym czajniczku z małą filiżanką, których nie wiedziałam jak używać z racji dziwnych zakończeń – kolejny plus. Zupa w ceramicznej miseczce z ceramiczną łyżką.
W Little Wu pojechali po całości. Sztućce jakie zapragniesz. Widocznie wyszli naprzeciw konsumentom z innych krajów – ale nie o to chodzi, bo brakuje wtedy prawdy. Idąc tym tropem, za kilka lat zamiast satay chicken dostaniemy kurczaka z KFC, a warzywa zastąpią rzeczywiście te z paczki.
Co do mieszania suchego z soczystym, kwaśnego ze słodkim – wszystko prawda. 

Krzysiek:
Dla mnie te dwa lokale, o których Dziubek wspomniała wcześniej kompletnie się różniły. Little Wu to typowa jadłodajnia dla turystów, gdzie za 5 funtów można zaspokoić głód na cały dzień. 

Jeśli chodzi o restauracje Gourmet to typ restauracji gdzie najedzenie się schodzi lekko na drugi plan, a na prowadzenie wysuwa się chęć doznań estetycznych. Bardzo dobra restauracja na drugą albo trzecią randkę… Dlaczego na trzecią?  A chciałbyś na pierwszej randce pokazać swojej lubej jak pięknie obierasz tłustawe krewetki królewskie z ich skorupek babrając przy tym wszystko wokoło…? 

Natalia: Nie wiem czy trzecia randka wiele zmienia. Dwieście trzecia to już inna historia.


W SKALI OD 1 DO 10

WYSTRÓJ I WNĘTRZE:


Natalia: 6
Chińska kultura kojarzy mi się z surowym wystrojem i minimalną ilością dekoracji. Zarówno w jednej jak i w drugiej restauracji tego się trzymali :D Zwyczajnie i prosto. Nic nadzwyczajnego.

Krzysiek: to chyba na myśli masz bary sushi…

Natalia: Hm, sushi to kuchnia japońska. Na myśli ma wagamamę. Tak jak tam właśnie, w Little Wu przywitały nas długie lawy, które mogły pomieścić kilkunastu klientów, więc rozmowy intymne wykluczone - nawet po Polsku, bo i Polacy się obok nas znaleźli :O Mnie jednak taki surowy wystrój się podobał

Krzysiek: oszalałaś? mała przestrzeń zagospodarowana niskimi podłużnymi stołami…

Natalia: tej, designer… czasami prostota równa się pięknu… przepych to przepych – pierdoli kolory ;)


Krzysiek:
Little Wu - 3 (Ładniej wygląda McDonald’s na dworcu w Poznaniu)
Gourmet - 7
Little Wu zaskoczył mnie ciemną niską przestrzenią z brakiem wieszaka na płaszcz i parasol… wszystkie stoły stały tak blisko siebie, że ciężko było się poruszać miedzy nimi.
Natalia: a tutaj się zgodzę. Przeskakiwać przez ławy – nie lada wyzwanie. No i ja z moja mini znowu musiałam przyprawić kilku o zawał J

Krzysiek: Całość lokalu była tak zatłoczona, że nawet nie miałem okazji spojrzeć na wystrój, o ile jakikolwiek tam był... Co do Gourmet - sytuacja bardzo odmienna… Duża przestrzeń ze stolikami 2 lub 4 osobowymi oddalonymi od siebie na tyle, aby zapewnić każdej parze namiastkę prywatności… 
Wystrój wnętrza zawierał chińskie elementy, co nadawało wszystkiemu klimat…

Natalia: Chińskie elementy? Good gracious, muszę sobie spostrzegawczość z CV wykreślić chyba. Ja głównie widziałam talerz na ‘wydalanie’ owoców morza ;) Hm, poniekąd tez tworzył pewien klimat :D


SERWIS:

Natalia: 3 dla obydwu restauracji
Z racji, że wybraliśmy bufet, serwis był minimalny :) O dziwo w Little Wu doliczyli sobie 10% za obsługę :D Jak dla mnie brakowało chińskości w tym wszystkim. Tradycyjny strój dodałby wiele uroku.

Krzysiek:
Little Wu - 1
Gourmet - 5
I znowu zacznijmy od obelg na temat Little Wu… w zasadzie serwisu brak i traktowanie klienta jak bydło… profil psychologiczny i nastawienie do pracy podobne do kobiet pracujących na poczcie lub polskich urzędach czyli NIECHCEM ALE MUSZEM. Zostaliśmy przywitani słodkim "tu siadać". Do tego kelnerka miała problem z rozumieniem języka angielskiego. Prawdopodobnie rozumie tyle, ile jest napisane w karcie… Jak napomniałem wcześniej strój kelnerek / kelnerów pozostawiał wiele do życzenia… 

Co do Gourmetu to wszystko było nie tyle celująco co poprawnie… uśmiech, menu, wyjaśnienia. Ktoś nawet przyszedł w między czasie posprzątać nasz stolik (w zasadzie nie wiem czy z grzeczności, czy po prostu chcieli już nas się pozbyć ;] )


CENA/JAKOSC

Natalia:
Little Wu - 9
Gourmet - 10
Przyznać się trzeba, że szukaliśmy taniego bufetu, szczególnie za drugim razem. Jak to Tadziu ujął "żeby mało zapłacić i jeść ile wlezie". Nic dziwnego zatem, że moje jedzenie zamknęło się w 10 funtach.

Krzysiek:
Little Wu -7
Gourmet - 9 
W Little Wu cena bufetu to około 7 funtów. W Gourmet - 10 funtów za dużą możliwość kombinacji. Gourmet dawał nam większą różnorodność przysmaków + przysmaki z górnej półki, np. Małże, zatem zostaje lepiej oceniony.

Satay chicken - zawsze na patyczkach.

Smoked chicken

Tak to mniej więcej wygladalo.

Danie zupopodobne ;)

Sesame chicken (czerwony), smoked chicken, chińskie pierożki, noodle


SMAK:

Krzysiek:
Little Wu - 7
Gourmet - 9
Jeśli chodzi o Little Wu mimo mniejszego wyboru, wszystko było jakby świeższe, lecz miało podobny do siebie smak… mi najbardziej zasmakowały krewetki panierowane…. Mmmm, to jest cos… oczywiście makaronik w sosie sojowym - palce lizać…. Kurczak był trochę suchawy, ale chyba po to by móc go polać jednym z 6 sosów jakie nam oferowano… 

Co do Gourmetu, to z możliwości wyboru może się w głowie poprzewracać. Na moim talerzu zagościły owoce morza - w roli głównej małże. Całkiem smaczne, tylko lepiej się temu nie przyglądać, bo wyglądają jak by ktoś już je jadł. Smak wszystkich potraw kompletnie różny od siebie. Co do zawartości kalorycznej, to tak naprawdę zależy od Ciebie czy zjeść tłusto czy może nie. I to lubię w bufecie… 

Natalia: 
Gourmet - 9
Little Wu - 8
Odkryłam, że owoce morza nie są dla mnie. Kałamarnica przyprawiła mnie o mdłości, krewetki odrzuciły mnie swoja chrupiącą skorupą, a patrząc na Krzyska jak wciąga (dosłownie!) małże poprosiłam o kolejny talerz, żeby to wszystko odłożyć. Zapach krakersów krewetkowych prześladował mnie jeszcze jakąś chwilę. Kolejne dwa podejścia w domu nie wniosły nic nowego. Fuuuuuuuj!
Kurczak natomiast - palce lizać! Jakikolwiek… satay, sesame, smoked… Chińczycy są mistrzami w eksperymentowaniu z przyprawami i mieszaniu smaków. Ten ostatni (smoked) oblany przedziwną galaretą był najsmaczniejszy.
Warzywa także w ciekawych mieszankach. Ale wszystko tłuste! :(
Zupy zupą bym nie nazwala… wodnista galareta o bliżej nieokreślonym smaku. Za bardzo ukochałam sobie gęsta grochówę i fasolówkę na zasmażce ;) Tych przyzwyczajeń chyba nie przełamię.


SUMA-SUMMARUM:

Natalia: Szałem dla mnie było jedzenie rękoma w Gourmet Buffet. Kuchnia ogólnie smaczna, wykluczając oczywiście owoce morza. Ciekawe połączenia smaków - trochę znanego mi kurczaka z nieznanymi mi sosami - na pewno będziemy stałymi bywalcami chińskich (DOBRYCH!) restauracji.

Krzysiek: Kuchnia pierwsza klasa… gdyby nie przykra przygoda z Małym Wu… Odkryłem moja małą słabość do owoców morza, a także to ile potrafię zjeść krewetek w jeden wieczór… Co do restauracji Gourmet, to z chęcią zawitam tam jeszcze raz...



* 请慢用 [Qǐng màn yòng]! - Please, eat slowly J


sobota, 22 września 2012

Kolumbia odkryta - ¡Qué chévere!*



CHARAKTERYSTYKA:

Kuchnia kolumbijska jest rezultatem mieszanki trzech kultur: indiańskiej, afrykańskiej i hiszpańskiej. Ten wybuchowy mix rozpoczął się w XVI wieku w okresie hiszpańskiej kolonii na terenach Ameryki Łacińskiej. W późniejszym okresie poszerzona gdzie nie gdzie o kulturę arabską i japońską, zaowocowała jako fuzja kolorów, smaków i tekstur.

Głównym i powtarzającym się elementem tej kuchni są świeże owoce tropikalne. Najpopularniejszy jednak i miłościwie Kolumbijczykom panujący jest platan. Jest to rodzaj banana, dokładniej banan warzywny, który w przeciwieństwie do naszych Polskich, jest twardy, a do jego otwarcia potrzebny jest nóż. Dla Kolumbijczyków platan jest tak samo waznym składnikiem diety jak dla nas ziemniaki, pyry, kartofle ;) Jadany niemalże do każdej potrawy, w każdej formie i w każdym stadium rozwoju. Najsmakowitsze są ponoć te pokryte czarnymi kropkami (to, co nasza gosposia wyrzuciłam by naprędce do kosza). Ot, dziwaki! ;)

W kuchni kolumbijskiej, większość potraw smażona jest na oleju, co dodaje im kaloryczności. Szczególnie bogate w węglowodany i kalorie są dania z Regionu Kawy. Stoi za tym tryb pracy osób zamieszkujących ten rejon. Ciężka praca zbieracza kawy na plantacji wymaga dużo energii, dlatego głównie jada się tam dania obfite i tłuste. Jednym z typowych bomb kalorycznych jest Bandeja Paisa: ryż, smażony platan, świeże awokado, smażona skóra wieprzowa – chicharrón, jajko sadzone, kukurydziany placek arepa, mięso mielone i kiełbasa (chorizo). Wariacji jest pewnie wiele, jednak podstawowe składniki zostają niezmienione. Wszystko to ciężkostrawne, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze… chciałoby się powiedzieć, na własnych brzuchach.
 
Bandeja Paisa


ALE DLACZEGO?

Pierwsza na celowniku znalazła się kuchnia kolumbijska z przyczyny bardzo prostej. Rekomendacja! Czemu nie zaufać koleżance z pracy, Kolumbijce z krwi i kości? Kto wie lepiej czy restauracja jest warta czasu i pieniędzy aniżeli rodak? Tak oto trafiliśmy do Leños & Carbón.
 
Leños&Carbón, 507 Rockingham Street, SE1 6PD. Dojazd: Elephant & Castle (metro).



LOŻA SZYDERCÓW:

Miejsce nie zachwyca ani z zewnątrz ani wewnątrz. No cóż, nie każdy może sobie pozwolić na interwencję Magdy Gessler ;) Jednak dwa piętra pełne ludzi uspokoiły nasze rozdygotane serca. Tak wielka liczba fanów musi świadczyć o dobrej kuchni. 98% latynoskiej krwi wokół. Pod koniec naszego obiadu przy stoliku obok pojawił się murzyn z lalką Barbie. Trafili pewnie z przypadku, z głodu między jednym przytupem a drugim (nieopodal znajduje się Ministry of Sounds). Totalnie nie pasujący do otoczenia, jeszcze bardziej niż my… Uff!

Krzysztof: Po tej dywagacji rodem z wikipedii oraz rasistowskiej gadki odnośnie murzynow nadchodzę z kilkoma słowami ostrej krytyki oraz kilkunastoma minutami poprawiania błędów mojej pisowni dla mojej kobiety.

Natalia: Już się boję...
   
Krzysztof: Restauracja jak wspomniała Natalia nie zabija wnętrzem, bije za to prostota pomieszana trochę z cygańsko – rosyjską siedzibą. Stoliki na czterech, cienkich nogach przykryte nie ciekawym obrusem z papierową wkładką przywodzą na myśl PRLowskie albo studenckie jadłodajnie. Oświetlenie żółte, co nadaje pomieszczeniu ciepła ale i zarazem potęguje wrażenie brudu. Meble, jak wspomniałem, każde z innej parafii, tak jakby właściciele regularnie wychodzili pospacerować po angielskich uliczkach chwytając za sobą poniektóre rzeczy wystawione przez właścicieli mieszkań jako śmieć. Muzyka pasowala do całej reszty - hiszpański bełkot. Zauważyłem też lekkie ukierunkowanie całej załogi na klientów wyłącznie z ich kraju. Kelnerka, kiedy zbierala od nas zamówienia, zadawala pytania po hiszpańsku… mimo że odpowiedzi słyszała w języku angielskim. Nie wiem czy to ze względu na to że 98 procent klientów to latynosi. Może taki chwyt marketingowy, może chciała mnie czegos nauczyć, może wyglądam jak Latynos, a może mnie obrażała… ;] (dobrze, że miałem swojego tłumacza przy sobie) 

Natalia: Sam jesteś hiszpański bełkot :P Wg mnie fajnie, że mówiła po hiszpańsku. Można poczuć klimat i musnąć trochę języka. Pierwsza lekcja… Buenos Aires, Senor Siarra ;)

Krzysztof: Podsumowując lokal dobry jeśli chcesz szybko, tłusto i tanio zjeść. Nie polecam zabierać tam kobiety na pierwsza randkę, ale za to jak najbardziej polecam zabrać teściową lub szefa (bomba cholesterolowa i możliwość zawału gwarantowana).

W SKALI OD 1 DO 10

Wystrój i wnętrze:

Natalia: daję 5. Podoba mi się dwupiętrowość ;) stoliki i siedzenia stare i nie zachęcające (może chcieli oddać kolumbijski klimat ;p). Papierowe serwety na stołach może i są praktyczne, ale nie na praktyce się restaurację buduję.

Krzysiek: daje 4+. Podobał mi się pomysł restauracji dwupiętrowej z balkonikiem w środku, z podglądem na dolną cześć. Meble nie z tej epoki, tak samo jak wykończenia: firany, papierowa serweta, lekko stęchniete toalety. Daje dużego plusa za Metalowe sztuce i duży talerz ;p

Natalia: Metalowe sztućce… Rarytas! Dobrze, że przywiązane łańcuchami do stołu nie były. (P.S. Jesteśmy okrtuni)

Serwis:

Natalia: 8. Dziewczyna była swobodna, nie za miła (co by dostać większy napiwek), ale też nie za szorstka (kawy pewnie w życiu nie zbierała – no i dobrze!). Podobało mi się, że zaczynali rozmowę po hiszpańsku. Nie ma kolumbijskiej atmosfery bez radosnego ‘Hola!’ ;)
Dania podane zostały błyskawicznie – wykluczam mrożonki z Tesco :D więc kucharze musieli mieć kilka rąk. Zdecydowanie profesjonalne przygotowane na niedzielny atak klienteli.

Krzysiek: 5. Recepcja miła, kelnerki według mnie powinny być bardziej skąpo ubrane, tak abym odrzucony wygladalem restauracji mógł gdzies zawiesić oko i nabrać apetytu na… jedzenie. A tak serio to stosunkowo mila kobiecinka, brak urody latynoskiej za to z szerokim uśmiechem (i to chyba tylko do mnie). Ultra szybkie aż z lekka podejrzane przyządzenie potraw. Zraziło mnie trochę to, że kelnerka nie pamietała kto z nas dwojga zamawial jaką potrawę. Wprawiła mnie w zakłopotanie kiedy próbowałem ją zrozumieć mówiącą do mnie po hiszpańsku.

Natalia: Recepcja! Pierwszy raz spotkałam się z tym w restauracji. W Polsce to chyba nawet nie występuje.

Cena:

Natalia: 10. Za taką wielka porcję jedzenia zapłaciłam 10 funtów. Nie zjadłam nawet połowy, no ale z moim skurczem żołądka wiele się nie można spodziewać. Szkoda, ze nie oferują kids menu ;) Krzysztof zjadł chyba wszystko, ale potem toczył się do metra ;)

Krzysiek: 9. Dałbym 10 gdbyby alkohol / najpoje do obiadu były by trochę tańsze. Ale ogólnie za 10 funtow można najeść się na dwa dni lub wykarmić afrykańskie plemię…

Smak:

Natalia: 4. Zaniżam za kaloryczność, ciężkostrawność i tłuszcz. Skóry wieprzowej tylko dotknęłam. Polecę tacie ;) Podoba mi się jednak mieszanka smaków. Słodkawy platan z mięsem (ukradłam chorizo od Krzyśka) lub fasolką. A jak mi się znudziło to platan z ryżem. A potem z nudów trochę warzyw i smażony ziemniak. Powrót do fasolki i jeszcze raz platan. Coś dla mnie!

Krzysiek: 6. Daję wyżej niż Natalia ze względu na to, że troche mniej mnie obchodzą kalorie a bardziej walory smakowe. Co do tego warzywnego banana, trochę mnie nie przekonał jak i boczek smażony na głębokim tłuszczu. Fasolka, chorizo i inne mięsa na talerzu to pierwsa klasa.

SUMA SUMMARUM:

Natalia: Jeszcze zechcę spróbować. Już coś innego i za dłuższą chwilę. Ogólnie jednak kuchnia nie dla mnie.

Krzysiek: Gdybym dziennie przerzucał 6 ton węgla, to mógłbym pozwolić sobie na taką kuchnie, ale wiem że po jednym obiedzie muszę przez 4 dni jeść suchary i zapijać wodą, aby wyrównać poziom cholesterolu. Kuchnia nie dla mnie, ale polecam fanom smażonego mięsa, hiszpańskiej muzyki i antyków ;]

Natalia: No to już wiemy co jadają pracownicy antykwariatów! :D



*chévere - „fajne”, „interesujące”, „dobre”, „sympatyczne”
„¡Qué chévere!” - „Ale fajne!”. Używane dla podkreślenia zadowolenia i dobrego samopoczucia.