CHARAKTERYSTYKA:
Kuchnia kolumbijska jest rezultatem mieszanki trzech kultur:
indiańskiej, afrykańskiej i hiszpańskiej. Ten wybuchowy mix rozpoczął się w XVI
wieku w okresie hiszpańskiej kolonii na terenach Ameryki Łacińskiej. W
późniejszym okresie poszerzona gdzie nie gdzie o kulturę arabską i japońską,
zaowocowała jako fuzja kolorów, smaków i tekstur.
Głównym i powtarzającym się elementem tej kuchni są świeże
owoce tropikalne. Najpopularniejszy jednak i miłościwie Kolumbijczykom panujący
jest platan. Jest to rodzaj banana,
dokładniej banan warzywny, który w przeciwieństwie do naszych Polskich, jest
twardy, a do jego otwarcia potrzebny jest nóż. Dla Kolumbijczyków platan jest tak samo waznym składnikiem diety jak dla nas ziemniaki, pyry, kartofle ;) Jadany niemalże do
każdej potrawy, w każdej formie i w każdym stadium rozwoju. Najsmakowitsze są
ponoć te pokryte czarnymi kropkami (to, co nasza gosposia wyrzuciłam by
naprędce do kosza). Ot, dziwaki! ;)
W kuchni kolumbijskiej, większość potraw smażona jest na
oleju, co dodaje im kaloryczności. Szczególnie bogate w węglowodany i kalorie są
dania z Regionu Kawy. Stoi za tym
tryb pracy osób zamieszkujących ten rejon. Ciężka praca zbieracza kawy na
plantacji wymaga dużo energii, dlatego głównie jada się tam dania obfite i
tłuste. Jednym z typowych bomb kalorycznych jest Bandeja Paisa: ryż, smażony platan, świeże
awokado, smażona skóra wieprzowa – chicharrón, jajko sadzone,
kukurydziany placek arepa, mięso mielone i kiełbasa (chorizo). Wariacji jest
pewnie wiele, jednak podstawowe składniki zostają niezmienione. Wszystko to
ciężkostrawne, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze… chciałoby się
powiedzieć, na własnych brzuchach.
![]() |
| Bandeja Paisa |
ALE DLACZEGO?
Pierwsza na celowniku znalazła się
kuchnia kolumbijska z przyczyny bardzo prostej. Rekomendacja! Czemu nie zaufać
koleżance z pracy, Kolumbijce z krwi i kości? Kto wie lepiej czy restauracja
jest warta czasu i pieniędzy aniżeli rodak? Tak oto trafiliśmy do Leños & Carbón.
![]() | |||
| Leños&Carbón, 507 Rockingham Street, SE1 6PD. Dojazd: Elephant & Castle (metro). |
LOŻA SZYDERCÓW:
Miejsce nie zachwyca ani z zewnątrz ani wewnątrz. No cóż, nie
każdy może sobie pozwolić na interwencję Magdy Gessler ;) Jednak dwa piętra
pełne ludzi uspokoiły nasze rozdygotane serca. Tak wielka liczba fanów musi
świadczyć o dobrej kuchni. 98% latynoskiej krwi wokół. Pod
koniec naszego obiadu przy stoliku obok pojawił się murzyn z lalką Barbie.
Trafili pewnie z przypadku, z głodu między jednym przytupem a drugim (nieopodal
znajduje się Ministry of Sounds). Totalnie nie pasujący do otoczenia, jeszcze
bardziej niż my… Uff!
Krzysztof: Po tej dywagacji rodem z wikipedii
oraz rasistowskiej gadki odnośnie murzynow nadchodzę z kilkoma słowami ostrej
krytyki oraz kilkunastoma minutami poprawiania błędów mojej pisowni dla
mojej kobiety.
Natalia: Już się boję...
Krzysztof: Restauracja jak wspomniała
Natalia nie zabija wnętrzem, bije za to prostota pomieszana trochę z cygańsko –
rosyjską siedzibą. Stoliki na czterech, cienkich nogach przykryte nie ciekawym
obrusem z papierową wkładką przywodzą na myśl PRLowskie albo studenckie jadłodajnie.
Oświetlenie żółte, co nadaje pomieszczeniu ciepła ale i zarazem potęguje wrażenie
brudu. Meble, jak wspomniałem, każde z innej parafii, tak jakby właściciele
regularnie wychodzili pospacerować po angielskich uliczkach chwytając za sobą poniektóre
rzeczy wystawione przez właścicieli mieszkań jako śmieć. Muzyka pasowala do całej
reszty - hiszpański bełkot. Zauważyłem też lekkie ukierunkowanie całej załogi na
klientów wyłącznie z ich kraju. Kelnerka, kiedy zbierala od nas zamówienia,
zadawala pytania po hiszpańsku… mimo że odpowiedzi słyszała w języku
angielskim. Nie wiem czy to ze względu na to że 98 procent klientów to
latynosi. Może taki chwyt marketingowy, może chciała mnie czegos nauczyć, może
wyglądam jak Latynos, a może mnie obrażała… ;] (dobrze, że miałem swojego
tłumacza przy sobie)
Natalia: Sam jesteś hiszpański
bełkot :P Wg mnie fajnie, że mówiła po hiszpańsku. Można poczuć klimat i musnąć
trochę języka. Pierwsza lekcja… Buenos Aires, Senor Siarra ;)
Krzysztof: Podsumowując lokal
dobry jeśli chcesz szybko, tłusto i tanio zjeść. Nie polecam zabierać tam
kobiety na pierwsza randkę, ale za to jak najbardziej polecam zabrać teściową
lub szefa (bomba cholesterolowa i możliwość zawału gwarantowana).
W SKALI OD 1 DO 10
Wystrój i wnętrze:
Natalia: daję 5. Podoba mi się dwupiętrowość
;) stoliki i siedzenia stare i nie zachęcające (może chcieli oddać kolumbijski
klimat ;p). Papierowe serwety na stołach może i są praktyczne, ale nie na
praktyce się restaurację buduję.
Krzysiek: daje 4+. Podobał mi się pomysł restauracji dwupiętrowej z balkonikiem w środku, z podglądem
na dolną cześć. Meble nie z tej epoki, tak samo jak wykończenia: firany, papierowa
serweta, lekko stęchniete toalety. Daje dużego plusa za Metalowe sztuce i duży
talerz ;p
Natalia: Metalowe sztućce… Rarytas!
Dobrze, że przywiązane łańcuchami do stołu nie były. (P.S. Jesteśmy okrtuni)
Serwis:
Natalia: 8. Dziewczyna była swobodna, nie za
miła (co by dostać większy napiwek), ale też nie za szorstka (kawy pewnie w
życiu nie zbierała – no i dobrze!). Podobało mi się, że zaczynali rozmowę po
hiszpańsku. Nie ma kolumbijskiej atmosfery bez radosnego ‘Hola!’ ;)
Dania podane zostały błyskawicznie – wykluczam mrożonki z
Tesco :D więc kucharze musieli mieć kilka rąk. Zdecydowanie profesjonalne
przygotowane na niedzielny atak klienteli.
Krzysiek: 5. Recepcja miła, kelnerki według
mnie powinny być bardziej skąpo ubrane, tak abym odrzucony wygladalem
restauracji mógł gdzies zawiesić oko i nabrać apetytu na… jedzenie. A tak serio
to stosunkowo mila kobiecinka, brak urody latynoskiej za to z szerokim
uśmiechem (i to chyba tylko do mnie). Ultra szybkie aż z lekka podejrzane
przyządzenie potraw. Zraziło mnie trochę to, że kelnerka nie pamietała kto z nas
dwojga zamawial jaką potrawę. Wprawiła mnie w zakłopotanie kiedy próbowałem
ją zrozumieć mówiącą do mnie po hiszpańsku.
Natalia: Recepcja! Pierwszy
raz spotkałam się z tym w restauracji. W Polsce to chyba nawet nie
występuje.
Cena:
Natalia: 10. Za taką wielka porcję jedzenia
zapłaciłam 10 funtów. Nie zjadłam nawet połowy, no ale z moim skurczem żołądka
wiele się nie można spodziewać. Szkoda, ze nie oferują kids menu ;) Krzysztof
zjadł chyba wszystko, ale potem toczył się do metra ;)
Krzysiek: 9. Dałbym 10 gdbyby alkohol / najpoje do obiadu były by trochę tańsze. Ale
ogólnie za 10 funtow można najeść się na dwa dni lub wykarmić
afrykańskie plemię…
Smak:
Natalia: 4. Zaniżam za kaloryczność,
ciężkostrawność i tłuszcz. Skóry wieprzowej tylko dotknęłam. Polecę tacie ;)
Podoba mi się jednak mieszanka smaków. Słodkawy platan z mięsem (ukradłam
chorizo od Krzyśka) lub fasolką. A jak mi się znudziło to platan z ryżem. A
potem z nudów trochę warzyw i smażony ziemniak. Powrót do fasolki i jeszcze raz
platan. Coś dla mnie!
Krzysiek: 6. Daję wyżej niż Natalia
ze względu na to, że troche mniej mnie obchodzą kalorie a bardziej walory smakowe. Co
do tego warzywnego banana, trochę mnie nie przekonał jak i boczek smażony na
głębokim tłuszczu. Fasolka, chorizo i inne mięsa na talerzu to pierwsa
klasa.
SUMA SUMMARUM:
Natalia: Jeszcze zechcę spróbować. Już coś
innego i za dłuższą chwilę. Ogólnie jednak kuchnia nie dla mnie.
Krzysiek: Gdybym dziennie przerzucał 6 ton węgla,
to mógłbym pozwolić sobie na taką kuchnie, ale wiem że po jednym obiedzie muszę
przez 4 dni jeść suchary i zapijać wodą, aby wyrównać poziom cholesterolu.
Kuchnia nie dla mnie, ale polecam fanom smażonego mięsa, hiszpańskiej muzyki i antyków
;]
Natalia: No to już wiemy co jadają pracownicy antykwariatów! :D
*chévere - „fajne”, „interesujące”, „dobre”,
„sympatyczne”
„¡Qué chévere!” - „Ale fajne!”. Używane dla podkreślenia
zadowolenia i dobrego samopoczucia.

