Blog pisany wspólnymi siłami przez Natalię i Krzysztofa. Odnalazłszy (imiesłów mnie zabił :D) wspólną pasję chcielibiśmy nadac jej formę stałą. Jednocześnie chcemy skorzystać z wielokulturowości Londynu i odnaleźć swoją idelaną kuchnię (Mamo! Twój bigos i tak jest najlepszy! ;)). Chcemy nauczyć siebie i innych refleksji nad tym co się je, żeby nie pożerać, a delektować... nie tylko trawić, ale też poznawać. Przy okazji chcemy poszerzyć wiedzę o tematy dotąd nie znane... bo kogo interesowało to dlaczego na wschodzie jedzą rękoma, co o gyrosie sądza Grecy i na ile dań dzielą obiad Włosi... A my o tym napiszemy :) Wychodzimy zza gołąbków i golonki... Mamy nadzieję, że docenicie.

sobota, 16 lutego 2013

ขอรายการไวน์หน่อย? (kŏr raai gaan wai nòi?)* czyli Tajlentynki na bogato :)



CHARAKTERYSTYKA:
Kuchnia Tajska uchodzi za najsmaczniejszą, najbardziej zróżnicowaną,  najzdrowszą i o dziwo... najmniej skomplikowaną. Tajemnica tego wszechobecnego NAJ tkwi w pięciu (a nie jak zazwyczaj - w czterech) smakach: słodkim, gorzkim, słonym, kwaśnym i ostrym. Według mistrzów tajskiej kuchni każda potrawa powinna zawierać w sobie każdy ze smaków. Innymi słowy, harmonia na talerzu równa się harmonii w duszy. Mimo wszystko jednak, dominuje tutaj smak ostry, czerpany głównie z chilli w przeróżnej postaci.

I znowu nikogo nie zaskoczę pisząc, że najpopularniejszym pokarmem jest ryż. Oczywiście ryż z Biedronki się nie liczy. Typowym smakiem natomiast będzie ryż jaśminowy, nieco słodszy od tego, który jest nam znany - khao hawm mali.

Co ciekawe, mówi się, ze tajskie potrawy są tak zdrowe, że nawet po zjedzeniu dużej ilości nie można przytyć! :) Za tę magię odpowiadają dietetyczne sosy (sojowy, rybny lub sok z limonki), beztłuszczowy i pozbawiony cholesterolu makaron ryżowy, a także sposób szybkiego smażenia potraw (podpatrzony u Chińczyków), dzięki której tłuszcz nie wsiąka w dania.

Mieszkańcy Tajlandii zwracają także szczególną uwagę na etykę. Widelec powinien zawsze znaleźć się w lewej ręce. Prawa ręka jest uznawana za nieczystą, jako że używamy jej do obmywania części intymnych po załatwieniu potrzeb czysto przyziemnych. A skoro lewą mamy już zajętą widelcem, do prawej ląduje tylko i wyłącznie łyżka. Nożom Tajlandczycy mówią stanowcze ''nie'' - jest zbyteczny, bo - podobnie jak w kuchni chińskiej - potrawy są pokrojone na kawałki. Dania podaje się na środek stołu, tak aby wszyscy biesiadnicy mogli nabierać z nich na swoje talerze ile dusza zapragnie. Rzeczywiście - proste i piękne!

DLACZEGO?
Do Mae Ping trafiliśmy (nie)spontanicznie. Pomysł pojawił się na kilka godzin przed wyjściem (Co by tu zrobić w Walentynki?); jednak nie był do końca NIE-zaplanowany. Pomysłodawcą był szef Krzysztofa (pozdrowienia dla pana w pasiastym swetrze, selekcjonera wina i 'rezerwatora' stolika). Restauracja została wybrana ze względu na przetestowane własnymi kubkami smakowymi potrawy. Okolica taka a nie inna, bo tam a nie gdzie indziej (blisko domu) Łukasz może sprawdzać i oceniać szefów kuchni.


Restauracja Mae Ping Thai - Beckenham
16-18 High St, Beckhenam, BR3 1AY
Najbliższa stacja: Beckenham Junction (koleją southeastern)


ILE W TYM PRAWDY?

Natalia:
Widelec po lewej i łyżka po prawej - zgadza się. Fakt, że naruszyłam prawa i jadłam prawą ręka zaburzył nieco tę idyllę, ale nikt mnie miotłą stamtąd nie przeganiał ;) Dania na środku stołu, podane dla wszystkich do częstowania się - należycie. Mieszanka smaków, z przewagą ostrego - tutaj chyba nikogo nie muszę przekonywać, bo nawet małe dziecko wie, że tajska kuchnia z tego słynie i nie może być inaczej. Ryż jaśminowy był, ale - głupia  - nie przyjrzałam się bliżej, by stwierdzić, co go różni od tego biedronkowego (w czasie kiedy dotarliśmy do dania głównego byłam już i tak po kilku kieliszkach wina, co znacznie zaburzyło mój zmysł percepcji i ośrodek odpowiedzialny za odróżnianie typów ryżu :))

Krzysiek:
Po twoich badaniach rzeczywiście widzę ze całość ceremonii obcowania z tajską kuchnią była lekko sprofanowana, ale tak naprawdę większą frajdę sprawiło mi jedzenie rękami. Obawiam sięże metaliczny posmak sztućców mógłby popsuć delikatny a zarazem intensywny smak potraw ;] Z drugiej strony jako fanatyk włoskiej kuchni jestem nauczony jeść dłońmi, tak jak to pizzozercowi wypada ;]

W SKALI OD 1 DO 10:

WYSTRÓJ I WNĘTRZE:

Natalia: 7
To taka ładna magiczna liczba, jak i magicznie było w środku. Proste, drewniane, surowe stoły z białymi obrusikami wzdłuż środka połączone z ognistą czerwienią ścian i czernią wymalowanych bambusów. Dla mnie ''stylowo'', bez przesady ani w jedną ani w drugą stronę. Bardzo podobało mi się nakrycie stołów - schludnie, ale ze smakiem. Powaliły mnie sztućce, których trzony imitowały bambusy. Nie podobały mi się kieliszki - na jedno kopyto, bez względu na to, jakie wino wybierasz. Małe i karłowate. To jednak nie wpłynęło na szybkość picia ;)
Za minus uznam ściśnięcie wszystkiego w jednym miejscu (jedno na drugim) - łazienka była w piwnicy, stromymi schodami w dół, gdzie minąć trzeba było składzik naczyń i kartonów oraz kuchnię.

Krzysiek: 
Wystrój… bajka.. każdy element (z wyjątkiem ubikacji usadowionej tak blisko części zmywakowej kuchni, że dało się słyszeć z niej glosy polskich gospodyń)  nawiązywał do Tajlandii (nigdy tam nie bylem, ale od czego ma się Google map ;]) - zaczynając od zastawy, poprzez serwetki poukładane w papieskie czapki na talerzu, minimalistyczna świeczunia na stoliku nadawały restauracji bardzo romantyczny, a zarazem egzotyczny wygląd… oczywiście polowa sukcesu leży także i w zapachu tajskich potraw, który na wejściu zdało się wyczuwać.

Natalia:
Co mają papieskie czapki do Tajlandii? Spekulujesz już na temat wyboru nowego papieża?
Polskie gospodynie - dobrze, że tylko talerze sortowały. Wierze, że nasze specjały zostały przygotowane przez Tajlandczyka.

SERWIS:

Natalia: 9!
Po tym wypadzie poczułam się trochę jak plebs. Krzysztof, musimy zafundować sobie więcej takich wyjść, albo kupić sobie podręcznik jak się zachowywać w restauracjach na wyższym poziomie niż KFC i McDonald's :)
Panowie ładnie podali wino (z degustacją), napełniali kieliszki, kiedy tylko zrobiły się puste, nawet serwetkę mi rozłożyli na kolanach (to wcale nie przez te szpilki i moją sexy sukienkę a'la Sharone Stone - tak się widocznie bawi szlachta ;))
Trochę na nerwach grała mała Tajka podlatująca do stołu z pytaniem czy czwarta osoba na pewno dojdzie - czyżby chciała sprzątnąć zastawę? I tak sprzątnęli Grażynie kieliszek sprzed nosa... szczwane bestie.
Szkoda, że tylko mała Tajka była Tajką. Reszta załogi widocznej na pokładzie to ciapki i bliżej nie określone mi rasy (Uwaga! Londyn robi z ludzi rasistów!).

Krzysiek: 9
Natalia czuje się jak plebs, a ja czułem się rozpieszczanym królem.
Kelner nie pozwolił, aby kieliszek od wina był pusty. Jedzenie - pomimo dość wysokiej ilości gości w restauracji - przychodziło na stół o odpowiedniej porze i nie kazało na siebie czekać ;P Jednakże z chęcią zobaczyłbym serwujących Tajlandczyków a nie mieszkańców Indii (nie możemy zapominać ze to Londyn). Jeden z kelnerów łudząco podobny do mojego dalekiego znajomego… po pytaniu o swoje imię zmieszany rozbił moje wątpliwości do jakowejś znajomości. Jak widać po ocenie, jeszcze nigdy w Anglii jak i w Polsce nie zostałem tak ugoszczony.

Natalia: Jedzenie trochę kazało na siebie czekać  W oczekiwaniu na danie główne zacząłeś już wyjadać dekoracyjna sałatę :D 

CENA/JAKOŚĆ:

Natalia: 6
Jeśli mam oceniać to, co jedliśmy (a nie całą kartę), muszę dać tylko 6. Cena jak dla mnie była za wysoka na to, co zjadłam. Możliwe, że pierwsze skrzypce zaczął grać alkohol, po którym mam żołądek bez dna. Zestaw dla dwóch osób był - wg mnie - za mały na dwie osoby. Karta została na ten jeden Walentynkowy dzień okrojona do zestawu A albo B, czego nie mam kucharzowi za złe. Jeszcze raz, szczwane bestie.
W menu natomiast widziałam wiele indywidualnych ciekawych pozycji, gdzie cena i kombinacje smakowe aż się do mnie uśmiechały. Choć nie wiem, czy nie dostałabym kurczaka wielkości śliwki.
Danie główne podane z podgrzewaczami - duży plus.

Krzysiek: 7
Wszystko było tak idealnie, że nietaktem byłoby narzekać na cenę;
dlatego napiszęże było warto… naprawdę było warto... Co do setu A i setu B, który mieliśmy tylko do wyboru to nawet się ciesze, że tak to nam zaproponowali, bo pewnie gdybym spojrzał w kartę to nawet nie wiedziałbym, bez używania Google, co te nazwy oznaczają  Dlatego ciesze sięże ktoś złapał mnie za rękę i powiedział: JEDZ - to jest DOBRE ;]


Natalia: nazwy w menu nie były tak skomplikowane, a poza tym od tego jest kelner (nawet jeśli jest z Indii) -powinien wytłumaczyć i poradzić. Dali Ci królewskie  krewetki i zamydlili Ci oczy :P


Przystawka: widoczne są jedynie królewskie krewetki, chicken satay z patyczkiem :)  petite cups, sosy... no i  sałata, która uratowała Krzysztofa od głodu.


Tajskie, królewskie pierożki gotowane na parze


Crying Tiger :)
grillowana wołowina z najlepszej części antrykotu


Wyśmienity makaron ryżowy - Pad Thai Jay


Chicken Green Curry
P.S. z każdym zdjęciem zakochuję się coraz bardziej :)


SMAK:

Natalia: 9
Pyszne! Swoją miłość do kurczaka w różnych sosach currych, i do słodko kwaśnych kombinacji zaznaczyłam już dawno temu. Stary dobry chicken satay tez był niczego sobie :) Makaron ryżowy i noodle - wyśmienite i bardzo w zgodzie z winem. Spring rollsy jak zawsze trafiły w moje gusta. Całkowicie nową rzeczą były gotowane na parze pierożki thai. Delikatnie słodkie nadzienie smakowało mi tak bardzo, że ciężko mi jest uwierzyć, że to mieszanka wieprzowiny i posiekanych krewetek z dodatkiem kasztanowca i innych ceregieli dodających 'kopa'. Widocznie trawię tylko owoce morza całkowicie przetworzone. Podejście (kolejne!) do krewetek nie-przemielonych, a całych tak, jak je Pan Bóg stworzył (?) (czy Pan Bóg stworzył krewetki smażone w panierce?)) było oczywiście nieudane - więcej zostało dla Krzysztofa :)
Aha! Jeszcze jedno zaskoczenie - krakersy krewetkowe podane do wina - baaardzo dobre! :O Miłośniczka owoców morza przetworzonych na maxa ;)


Krzysiek: 10
Dla mnie jedzenie było bezbłędne i bez kozery daje 10! Zaczynając na krewetkach, które tak sprofanowałem zdaniem Natalii jedząc je rękoma, a kończąc na kurczaku w sosie curry… Dla mnie B O M B A… Całość była podsycana świetnie wybranym przez Grażynkę i Łukasza winem. Mniam… btw, czeka nas teraz nie-lada zadanie wybrania kolejnej restauracji na kolejne spotkanie ;] I wydaje mi się ze Subway nie wystarcza ;]

Natalia: Ja tam nie wiem czy rękoma to już profanacja... Póki jadłbyś tylko lewa ręka, póty byłoby ok. W prawej wino - układ idealny. Ciągle o winie - wychodzimy na pijaków (przynajmniej ja).
Następny przystanek to kuchnia Marokańska lub Libańska. Pretty please!

-------

ขอรายการไวน์หน่อย? = Czy mogę zobaczyć kartę win?